Na spotkaniach autorskich dla dorosłych najczęściej bywam przedstawiana przez gospodarzy garścią informacji znalezionych o mnie w internecie albo z notek na okładkach książek. Powtarzają się nazwy uczelni, którą skończyłam, liczba dzieci oraz tego, że się WCZUWAM w to, o czym piszę.
To prawda.
Gdy pisałam o Loni, twórczyni pięknych patchworków, kupiłam maszynę do szycia i zapisałam się na kurs patchworku – aby wiedzieć, o czym piszę, co jest możliwe, co się da wyszyć. Przy okazji chyba już na zawsze zachwyciłam się obrazami szytymi przez znakomite polskie twórczynie – chodzę na ich wernisaże, co i Wam gorąco polecam.
Aby posmakować chodzenia z kijkami, jak Wisia, Halinka i Lonia, dołączyłam do józefowskiej grupy kijkowej. Co drugie rano maszerowałam osiem kilometrów po okolicznych lasach. Plus początkowe rozciąganie i końcowy piknik z piciem chlorofilu i zakwasu. Taak, badania terenowe do pisania książek bywają całkiem zdrowe!
W toku pisania „Stu lat szczęścia” zapisałam się na roczny kurs salsation. Od stycznia do grudnia dwa razy w tygodniu chodziłam ćwiczyć kroki różnych tańców, obserwować kursantów i instruktorów, poznawać ich indywidualne style i metody uczenia wymyślanych choreografii. Czasem miewaliśmy zajęcia z jakimś mistrzem z daleka. Ale nasi rodzimi mistrzowie też byli świetni!
To była bardzo piękna przygoda. Mam nadzieję, że dzięki niej taneczne partie „Stu lat…” pobrzmiewają Wam cicho salsą i bachatą!

